Tą moją, niezakończoną jeszcze historię mógłbym umieścić w różnych działach. Ale niech będą
poskarżyjki, chociaż raczej się nie skarżę.
Jak już wcześniej pisałem, wymyśliłem sobie 3-miesięcznego skoczka. Odpowiadał mi termin, płaca,
miejscowość, warunki itp. 2 razy w tygodniu po 8 godzin pdp w Pflegestation - my mamy free. A i w
pozostałe dni nie ma za dużo roboty. Jedyny problem to cukrzyca typu 2 u pdp.
Na miejscu była opiekunka z Chorwacji. Była tu przez 6 miesięcy, przedtem też się zmieniała ale co 2
miesiące. Manda ma na imię, ja dalej będę ją nazywał Menda. Otóż Menda okazała się prawdziwą królową
szteli. Najmądrzejsza, wszystkowiedząca, doświadczona (bo przecież pracuje już 1,5 roku w Niemczech!)
Mnie chyba uznała za polskiego niedorozwoja któremu trzeba pokazać jak się kroi szczypiorek, smaruje
masłem chleb, kiedy wystawia się pojemniki itp. Dosłownie wszystko! Przeżyłem. Opowiadała jaka to ona
"Pani Czysta" Reszta opiekunek to fleje, brudasy, niemoty itp. Tylko ona dba o pdp. I wtedy mnie
wkurzyła. W całym domu było brudno, a najgorsze to były pajęczyny. Wszędzie, na suficie, na ścianach,
na meblach! W każdym kącie. Koszmar. I to nie były pajęczyny takie 2-tygodniowe! Pokazałem jej w
kuchni na suficie i na ścianach. I to ma być czysto? Obraziła się śmiertelnie. I git! Niech w pizdu
wreszcie wyjedzie. Co okazało się nie takie proste... W drodze do Niemiec zdechł po drodze jej bus.
Ponoć. No i nie ma jak wyjechać. A ma się 8 dużych bagaży i coś tam podręcznego w ilości 3. Bus miał ją
zabrać z domu. Musiała następnego dnia jechać do Frankfurtu, ale pojechała! No i spokój? Wydawało mi
się! Po tygodniu odwiedza nas sąsiad z którym ponoć się przyjaźniła, a który nigdy tu nie przychodził.
Przesłuchał Harrego (imię mojego pdp), łeb mu latał jak w kołowrotku na wszystkie strony. Poszedł.
Codziennie 3 razy przychodzą pielęgniarki mierzą poziom cukru we krwi. Po 3 tygodniach okazało się
(siostry się wygadały), że dzwoniła do nich żeby pisały dla niej jaki Harry ma poziom cukru i ją
informowały. Potem Pflegestation mnie informuje, że dzwoni też do nich. Czy wysyłam go czystego,
odpowiednio zaopatrzonego itp. Po 2 tygodniach zespół który go zabiera do Pflegestation informuje
mnie, że Menda do nich dzwoniła żebym nie pozwalał Harremu oglądać piłki nożnej, bo mu skacze cukier!
I pierwsza wisienka na torcie! Tydzień temu przed obiadem dzwonek do drzwi. Stoi coś farbowane na
blond, wysokie i wysuszone. Ona do Harrego. Zanim zareagowałem wlazła. Ja akurat robiłem obiad. Ale
żeby w Niemczech nikt nie zapowiadał telefonicznie wizyty? Jak się okazało było to celowe. Przed
wyjściem bezczelnie zajrzała mi do garków co gotuję! Pytam Harrego kto to był? Następna niemiecka
przyjaciółka Mendy. No kuźwa! Ta baba jest jakaś chora! Druga wisienka: W piątek dzwoni koło 16 i chce
rozmawiać z Harrym. Śpi, naprawdę. Dla niej nie będę go budził. W sobotę przyjechał zięć i przywiózł
mi wypłatę. Mówiłem mu o tym telefonie. Wieczorem zięć dzwoni do mnie i mówi, że Menda do nich
dzwoniła i ja utrudniam jej kontakt z Harrym i zadzwoni w niedzielę żebym odebrał i dał telefon ojcu!
Zostało mi dokładnie 5 tygodni do końca. Nie planuję tu wrócić, bo nie planowałem od początku. Ot taki
jednorazowy wyskok. Chociaż Harry mnie polubił, a rodzina twierdzi, że w życiu nie przypuszczała że to
tak może bardzo dobrze funkcjonować. A dla Mendy dalej jestem polską niemotą, którą trzeba kontrolować
na każdym kroku! Dużo się jeszcze może wydarzyć!