Witajcie kochani od tygodnia jestem na nowym miejscu, ale jak to u mnie pierwszy tydzień to obwąchiwanie stelli i wyrabianie sobie zdania.. nie lubię po jednym czy dwóch dniach pisać, ze jest tak czy tak..ale od początku.
.zjechałam z tamtej trudnej psychicznie stelli w Overath 10 lipca, dwa dni i na wczasy...było cudownie...niestety dwa dni po wczasach ponownie trafiłam do szpitala..znowu bardzo niski poziom hemoglobiny..to był wtorek a ja w piątek miałam na nowe miejsce jechać. co robić??? ..nie dałam się ponieść panice..poczekam dwa dni z telefonem do koordynatorek?? rano jakby kużwa czarownica jakaś dzwoni do mnie ta niemiecka z pytaniem czy mogę jej kilka polskich specjałów przywieść? no to już musiałam sie przyznać co do miejsca pobytu..spokojnie, mam wyjasnić swój status, ona rodzinę ustawi..pogadałam z ordynatorem, przestawiłam wyniki niemieckich badań z kwietnia, on porobił jeszcze swoje i zdecydował ze jak tak, to postawi mnie na nogi do piątku i w niedziele mogę jechać...zlecone badania wyszły dobre, znowu woreczki z krwią, zelazem...w piatek wyszłam do domu z recepta na nowy włoski lek /żelazo w postaci której o dziwo mój organizm zaakceptował i nie protestuje mdłlosciami i bólami brzucha przez pół dnia/ , kuracja mczna ok 200 zł, no ale w tym wieku nie tracic na leki to już wstyd chyba ??
Droga była fatalna mimo niedzieli...śmiertelny wypadek pod Legnicą. 7 rannych...musiał helikopter LPR ladowac...droga całkowicie zablokowana.....nim sie doczołgaliśmy do zjazdu po ok 15 km, to poszło prawie 5 godzin w kosmos..potem się wpakowałam z pośpiechu na tankstelle w Żarskiej Wsi, ostatniej przed granica,mimo ze normalnie zbaczam 3 km do Zgorzelca i tankuję na małej przy Auchanie bez tłoku...jak sie wpakowałałam , to juz nie było jak wycofać...ponad godzina w plecy...wyjechałam po 17 szczęśliwa, lecę sobie spokojnie....kużwaaaa wypadek za Dreznem...1,5 godziny w plecy...potem 200 km przed Kolonią non stop zwężenia i roboty drogowe...i tak zamiast ok 11 godzin jechałam prawie 18...na miejscu byłam 0.30 w nocy...koordynatorka i żona pdp na mnie czekały
na szczęscie rano mogłam odespać , bo dziadek do przedszkola pojechał...
I tak , po tygodniu obwąchiwania stwierdzam, że warto było...miejsce jest super..pdp chodzi póki co 4-5 razy w tygodniu na 8 godzin do przedszkola, bardzo to lubi i chyba tak zostanie...on rocznik 1933, ona 1938..jestem tutaj dla niego...oboje sprawni fizycznie / choć ona bardziej połamana już/. żadnego pomagania przy ubieraniu czy toalecie, on leciuteńka demencja, ale to naprawdę początki, ona zupełnie klar Kopf...prowadzi całe sprawy biurowo domowe, śmiga na laptopie....
Rano schodzę zrobić śniadanko, oni już na golaska latają po swojej części łazienkowej, stół już przeważnie nakryty, podejrzewam ze Nina to wieczorem robi, ja tylko robię kawkę, podgrzewam bułeczki, wyciągam z lodówki resztę, siadam z komórka i FB i czekam aż się zameldują przy stole...po śniadanku krótki spacerek z dziadkiem, wyczekiwanie na busa o 9, potem wolne do 16, chyba ze Ninę trzeba gdzieś zawieść, co bardzo lubię.nawet na tipsach już byłam z nią. czas szybciej leci.....jak dziadek w przedszkolu to dla niej się nie gotuje, ona je musli lub sałatkę jakąś, ja dla mnie mogę co chcę...dziadek wraca po 16, siedzą razem, graja w karty., gry, doglądają ogrodu., TV, ..po 18 kolacja, która szykuję się wspólnie i wspólnie potem sprząta...po kolacji Ninka do laptopka , a my z dziadkiem na pól godzinny spacerek przed snem...o 20 jestem u siebie, mam osobne mieszkanko z tarasikiem, lodówką, aneksem kuchennym, łazienką...
Teraz miałam cały weekend wolny, bo byli dwa dni z przyjaciółmi w jakimś kurorcie, wrócili dopiero dzisiaj w południe.
Mieli potem coś do załatwienia w Bensbergu, ja jako kierowca oczywiście,babcia nas zaprosiła na obiad do greckiej restauracji przy okazji, potem spacer po sklepach..
Myślę, że wreszcie trafiłam tak jak chciałam, ze zadomowię się tutaj na dłużej..oboje są stosunkowo młodzi jak na warunki niemieckie , sprawni fizycznie i w miarę nie schorowani, mają jeszcze swoje życie towarzyskie, ..bardziej potrzebują pomocy w codziennym życiu, jak choćby spacery z Wernerem / dla niej już za ciężko, ma endoprotezy, kierowcy, pomocy przy wyjazdach do lekarzy, bank, apteka, w domu radzą sobie sami i lubią swoje towarzystwo..nie muszę z nimi siedziec..fajnie jest póki co